Jelitek

 Info

baton rowerowy bikestats.pl

 Moje rowery

Poison Cyanit
Poison Opium
Zimówka
Poison Zyankali

 Znajomi

wszyscy znajomi(30)

 Szukaj

 Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy Jelitek.bikestats.pl

 Archiwum

 Linki

Road Maraton - Puchar Równicy

Sobota, 12 maja 2012 | dodano:13.05.2012 Kategoria: Wyścigi Szosowe
Km:107.00Km teren:0.00 Czas:03:59km/h:26.86
Pr. maks.:-Temperatura:- HRmax:-(-%)HRavg-(-%)
Kalorie:-kcalPodjazdy:-mRower:Poison Cyanit
Pierwsze koty za płoty - to znaczy pierwszy wyścig w tym roku za mną. Pytanie podstawowe jakie stawiałem sobie przed tym startem to jak stoi moja forma. Przejechałem do tej pory zaledwie 1300 km, no może ciut więcej bo nie wszystko wpisałem. Zimę przepracowałem miernie - bo i czasu nie było za wiele. Niemniej jednak w ostatnim okresie czasu zintensyfikowałem treningi i liczyłem że na to że nie umrę po pierwszych kilkudziesięciu kilometrach.

Do Ustronia (skąd startował wyścig) pojechałem w dniu imprezy. Dwie godziny drogi i jestem na miejscu. W tym całym porannym pośpiechu zapomniałem sprawdzić w którym dokładnie miejscu jest biuro zawodów. Trochę pobłądziłem, ale na szczęście szybko odnalazłem kolegów z grupy. Obstawa była dość liczna, bo poza naszą stałym składem Road Maratonowym była jeszcze ekipa bufetowa, która miała pełnić funkcję supportu. Brakowało nam jeszcze samochodu technicznego do pełnego profesjonalizmu. Ja natomiast przyjechałem z jednym założeniem - pomóc koleżance Dorocie dojechać do mety z jak najlepszym czasem.

Obawy przed startem stwarzała pogoda, której prognozy były bardzo niesprzyjające. Przed południem miało nastąpić gwałtowne załamanie z intensywnymi opadami deszczu. Tuż przed startem dostałem telefon od taty żebym uważał na siebie gdyż może nawet spaść śnieg.



Istotne w tym wszystkim jest to że stojąc na starcie, było duszno i parno. W krótkich ciuchach stałem i się gotowałem. Równo o 10:00 nastąpił start. Do przejechania 140 kilometrów. Wyjeżdżamy z rynku i kierujemy się na Równicę. W grupie jedzie się raźnie i bez wysiłku. Obstawa policji, zamknięta cała ulica - rewelacja. Chwilę jadę z kolegą z grupy - Niemrawym, a następnie przebijam się do przodu w poszukiwaniu Doroty. Zaczyna się wspinaczka na Równicę. W oddali widzę grupowe koszulki ale staram się nie przekraczać tętna 170 żeby później nie umierać na trasie. Im wyżej wjeżdżamy tym robi się chłodniej. Przy samym szczycie widać przelewające się przez szczyty chmury. W pewnym momencie wpadamy w mgłę.



Na szczycie jest punkt pomiarowy, nawrotka i szybki zjazd w dół. Dopiero na zjeździe zauważam że Dorota została za mną, a ja jak głupi starałem się dojechać do czołówki myśląc że koleżanka jest z przodu. W związku z powyższym na zjeździe się nie spieszyłem, starałem się zwolnić i chwilę poczekać. Tuż przy końcu zjazdu dogania mnie Dorota a wraz z nią Piotrek Kurczyk (kolega z Gliwic i organizator maratonu 550 km/24h na który w tym roku się wybieram. Zabieram się do pracy.

Jedziemy już około godziny. Zaczyna powoli kropić, czas coś zjeść. Podczas wyciągania jedzenia gubię jeden batonik. Wbijamy się w jakieś polne drogi. Strzałki oznaczające trasę zaczynają się dublować ze starymi, przez co podczas jednego z krętych fragmentów gubimy trasę, a wraz z nami kilku innych kolarzy - trzeba się wracać na co tracimy cenny czas.

Zaczyna padać coraz mocniej. Droga robi się niebezpiecznie śliska. Na jednym z podjazdów podczas redukcji biegu spada mi łańcuch i marnuję czas na umieszczenie łańcucha we właściwym miejscu. Grupka odjeżdża a ja muszę później marnować siły żeby dogonić Dorotę, która i tak zwolniła żeby na mnie poczekać. Dalej jedziemy we dwójkę w towarzystwie innego kolarza, który chyba niespecjalnie miał siły ponieważ prawie cały czas jadę na zmianie. Jechaniu na kole zdecydowanie nie sprzyjały drogi po których jechaliśmy - wąskie, z dużą ilością dziur i nierówności. Do tego jeszcze żwir, którym posypano świeże łaty asfaltu. Na jednym z takich płaskich fragmentów o mały włos nie doszłoby do kolizji, kiedy to będący na zmianie kolarz, w ostatniej chwili zauważył skręt i zaczął ostro hamować. W tym momencie dla nas mógł to być koniec wyścigu.

Trasa w większości jest płaska z licznymi hopkami albo lekkimi podjazdami. W sumie to taki profil odpowiada mi najbardziej. Gdyby jeszcze nie padało... Jechaliśmy w krótkich ciuchach a temperatura dochodziła do 8 stopni - wolna jazda nie opłacała się, trzeba było grzać mięśnie jak się tylko da. Na szczęście dogoniła nas większa grupa i mogłem na chwilkę zejść ze zmiany.

Dojeżdżamy do punktu żywieniowego. W oddali widać naszą ekipę bufetową. Jakież to szczęście że przed startem dałem chłopakom bluzę i rękawki. Biorę banana, a w tym czasie Dawid pomaga mi się ubrać. Rewelacja. Życzę każdemu takiej pomocy. Dorota nie zatrzymała się ani na chwilę. Doganiam koleżankę, zdaję jej zapas bananów i wracam do pracy.

Nogi zmarznięte powoli zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Trzeba wspomagać się żelkiem. Kolejny podjazd i znów pech - łańcuch po raz kolejny spada między ramę a korbę. Ponownie muszę się zatrzymać a następnie gonić grupę. Masakra. W okolicy 70 kilometra dojeżdżamy do miejsca gdzie normalnie miał być zjazd na rundy. No i tutaj dobra wiadomość. Zostajemy skierowani do mety - wyścig został skrócony ze względu na złe warunki pogodowe. Czułem się tak jakbym wygrał wojnę światową. Wszyscy w naszej grupce dawali wyrazy radości.

Od tego momentu odliczam kilometry do mety, które mijają szybko. Mimo deszczu tempo nie spadało. Jechaliśmy w okolicy 35-40 km/h. Jakieś 20 kilometrów przed metą na horyzoncie pojawia się czerwona koszulka z płonącym B na plecach. Po stylu jazdy domyślam się że to Staszek Radzik. Po kilkunastu minutach dojeżdżamy do kolegi. Jak się okazało, zatrzymał się żeby udzielić pomocy innemu kolarzowi, który przebił dętkę, a nie miał ze sobą nawet pompki!

Do mety pozostało niewiele ale czeka na nas jeszcze jeden morderczy podjazd. Tutaj każdy swoim tempem, jedni schodzą z rowerów i pokonują wzniesienie z buta. Ja szczęśliwie powoli jakoś wczołguję się na szczyt i zaczynam pogoń za Staszkiem i Dorotą, którzy zdążyli odjechać. Żeby nie było łatwo, po ciężkim wzniesieniu był niebezpieczny zjazd - stromy i wąski. Na nim spotykam Mirka Sólnicę (ode mnie z grupy) oraz widzę kątem oka leżących kolarzy, w tym jednego przykrytego folią termiczną. Nie wyglądało to zbyt ciekawie. Tak czy inaczej resztką siły dołączam do grupy przede mną, w której kolarze widocznie też mieli już dość bo jakoś bardzo nie dociskali na pedały.

Ostatni płaski fragment i ponownie wdrapujemy się na Równicę. Jadąc siłą woli patrzę jak w oddali Dorota wspina się z gracją zupełnie jakby dopiero zaczęła wyścig. Czuję się spełniony i usatysfakcjonowany, mimo iż mam przekonanie że beze mnie koleżanka i tak dałaby sobie radę.

Na Równicę dojeżdżam przemarznięty i zmęczony, ale to nie koniec zabawy. Czeka mnie jeszcze zjazd z góry, a przy temperaturze 8 stopni, padającym deszczu i przemokniętych ciuchach wiąże się z prawdziwym cierpieniem. Ostatecznie doszedłem do wniosku że jest mi na tyle zimno, że nie ma sensu przedłużać męczarni. Dlatego też puściłem hamulce i starałem się znaleźć na dole jak najszybciej.

Przy samochodzie czekała już ekipa bufetowa. I znów mogłem liczyć na pomoc kolegów w rozmontowaniu sprzętu i spakowaniu się. Ubrawszy ciepła i suche ciuchy udałem się na miejsce startu. Niestety okazało się że znajomy z Road Maraton teamu miał wypadek na tamtym stromym zjeździe i wylądował w szpitalu. Ofiar było więcej, ale to chyba on odniósł największe obrażenia.

Z racji fatalnych warunków wiele osób nie ukończyło wyścigu. W sumie nie ma co się dziwić - był to poważny test nie tylko dla sprzętu ale także dla psychiki i organizmu. Oby takich wyścigów w tak niesprzyjających warunkach było jak najmniej.

WYNIK:
111 open czas 03:51:09
33/46 w kat. A

Niepołomice

Środa, 9 maja 2012 | dodano:09.05.2012 Kategoria: Nie przypisana.
Km:106.00Km teren:0.00 Czas:03:37km/h:29.31
Pr. maks.:56.00Temperatura:22.0 HRmax:182( 93%)HRavg145( 74%)
Kalorie: 2380kcalPodjazdy:492mRower:Poison Cyanit
No i znów po dyżurku. Na szczęście pogoda wróciła do normy, zrobiło się cieplej i można było z przyjemnością iść na rower.
Już wczoraj myślałem o tym gdzie pojadę. Zerkałem na ICM czy pogoda się nie pogorszy, ale na szczęście przepowiadano słońce i czyste niebo.

Początkowo plan był taki: Dojechać do Moszczenicy i odbić na Gdów. Następnie przez Wieliczkę wrócić do domu.
Trasa jednak uległa lekkiej modyfikacji. Po przebiciu się przez Kraków (nienawidzę tego robić) pojechałem w kierunku Bochni. Mimo czołowo bocznego wiatru jechało mi się coraz lepiej. Początkowo nogi w ogóle nie chciały się kręcić. Dobijałem do 170 ud/min serca i odcinało mi siły. Z czasem jednak jechało mi się lepiej i równiej.

Główną drogą E4 dojechałem do Bochni. A stamtąd przez Proszówki obrałem kurs na Mikluszowice. Nigdy nie jechałem na rowerze tą trasą i pomyślałem że przydałoby się trochę płaskiego. Jadąc ul. Proszowską ogarnęła mnie niemoc - trochę przepaliłem się na tym wietrze, który teraz jakby zmienił kierunek i wiał ciągle z boku. Na końcu Puszczy Niepołomickiej zrobiłem sobie małą przerwę na fotki.







Więcej nie udało się zrobić bo przez to przebijanie się przez wiatr zrobiło się późno - dochodziła powoli 13. Trzeba było się zebrać, schować aparat i czym prędzej jechać do domu. Jadąc przez puszczę, rozkoszowałem się czystym powietrzem, śpiewem ptaków i dawno niespotykanym spokojem. Cudo!



W Niepołomicach zrobiłem krótką przerwę na uzupełnienie picia i wrzucenie czegoś do pieca. Minąwszy rynek odbiłem na Wieliczkę a następnie wzdłuż Wisły pojechałem przez Grabie i Brzegi do Krakowa. Szczęśliwie wiatr wiał z boku i w plecy, więc mogłem trochę przyspieszyć. Tym bardziej że przed miejscowością Grabie rozkopali drogę i włączyli ruch wahadłowy przez co straciłem trochę czasu.

Ponownie przebijanie się przez miasto należało do niezbyt przyjemnych. Zmęczony i wycieńczony po 100 km jazdy słabo trzymałem kierownicę. Do tego co chwile czerwone światło i natężony ruch. Miałem już trochę dość. Po przyjeździe do domu ledwo stałem na nogach. Wykąpałem się i poszedłem spać... padłem jak zabity.

Wiosna w Dolinie Prądnika

Sobota, 5 maja 2012 | dodano:05.05.2012 Kategoria: Zwykła jazda
Km:78.00Km teren:0.00 Czas:02:29km/h:31.41
Pr. maks.:57.00Temperatura:- HRmax:172( 88%)HRavg145( 74%)
Kalorie:-kcalPodjazdy:705mRower:Poison Cyanit
Znów po dyżurze...na szczęście w nocy był spokój = interwencji nie było, toteż można było spokojnie spać. Ale co to za sen jeśli nie jest się we własnym łóżku.
Słabo wypoczęty na wariata dojechałem do domu. O 11:15 umówiłem się z Dawidem na spokojną jazdę po płaskim. Kierunek Ojców i powrót drogą olkuską do Krakowa.

Jak zwykle w pośpiechu wpadłem do domu. Lodówka pusta, to trzeba było zrobić najmniej kolarskie jedzenie - jajecznicę. Na wariata zbierałem się na rower, żeby i tak spóźnić się parę minut.

Ruszyliśmy z Cichego Kącika. Mimo że pogoda była bardzo ładna i komfortowa, to jakoś wyjątkowo pusto było na drogach. W powolnym tempie dojeżdżamy za Kraków. Ul. Wyki, Pachońskiego i kierujemy się na Zielonki. Za miastem niemiłe zaskoczenie. Cała ulica, prawie do samej Skały jest w remoncie. Zdarta nawierzchnia, co chwile dziury no i panująca ciasnota nie sprzyjały miłej jeździe. Do tego boczno - czołowy wiatr. Na szczęście dość szybko dojeżdżamy do Skały a następnie do Ojcowa.

Jak się spodziewałem, widoki przepiękne, ruch natężony. Zwłaszcza sporo było motocyklistów i rowerzystów.



Przy wylocie z Ojcowa żegna nas Maczuga Herkulesa i Zamek w Pieskowej Skale.









Za Sułoszową zatrzymujemy się na krótki postój. Zarówno koledze jak i mnie noga dzisiaj nie podaje - brakuje weny do kręcenia, a momentami wiatr przybiera na sile odbierając chęci do jazdy. W miejscowości Sieniczno nawracamy i kierujemy się na Kraków.

Droga powrotna była nieustającą walką z wiatrem. Z prędkością około 30 km/h jechaliśmy przed siebie. Tuż po 14 byliśmy w Krakowie. Dopiero w mieście można było odetchnąć, gdyż budynki zapewniły odrobinę osłony przed wiatrem.

Wizyta u rodziców

Środa, 2 maja 2012 | dodano:04.05.2012 Kategoria: Zwykła jazda
Km:96.00Km teren:0.00 Czas:04:50km/h:19.86
Pr. maks.:-Temperatura:- HRmax:-(-%)HRavg-(-%)
Kalorie:-kcalPodjazdy:-mRower:Poison Opium
No i znów po dyżurze. Pogoda jak w ostatnich dniach cudna, ale dzisiaj coś zapowiadają opady deszczu i burze. Tak czy inaczej warto było rozruszać nogi po kilku dniach bezczynności. Wsiadam na rower i jakoś tak wyjątkowo ciężko mi się jedzie. Nogi wyraźnie zaspane, bez sił. Dlatego pomykam Alejami w kierunku Ronda Matecznego z prędkością turystyczną - 20 km/h. Nawet ten odcinek do mostu Dębnickiego do Ronda Matecznego pokonuję w ślimaczym tempie.

Do Swoszowic również powoli bez pośpiechu. Staram się jechać trasą najmniej wymagającą z małą ilością podjazdów. Gdy dojeżdżam do Świątników Górnych pogoda powoli zaczyna się psuć. Na horyzoncie widać burzowe chmury. Wiosna rozwija się na całego - kocham tę porę roku, tyle pięknych widoków cieszy oko.

U rodziców załapałem się na pierogi z kapustą i grzybami. Szybko się zbierałem z powrotem w obawie przed burzą i deszczem. Na szczęście obiad który zjadłem dodał mi sił.

Powrót Zakopianką - może niezbyt rozsądne wyjście ale miałem nadzieję że po drodze spotkam żonę wracającą z pracy. Niestety minęliśmy się, a mnie na osłodę pozostało ściganie się z samochodami - 70 km/h na zjeździe i wyprzedzanie aut przy Makro na Zakopiańskiej - bezcenne. Wiem wiem...grozi utratą zdrowia i życia, ale tak bardzo to lubię że ciężko przestać :-(